Grand Theft Auto: Chinatown Wars na PSP wreszcie wylądowało na półkach sklepowych. Z początku myślałem, że ta gra będzie bublem, a twórcy odcinają jedynie kupony od świetnej DS-owej wersji. Kiedy dowiedziałem się, że perspektywa z jakiej będziemy oglądać Liberty City to rzut izometryczny, po prostu się załamałem. Postanowiłem jednak zaryzykować. Kupiłem grę, odpaliłem i odpłynąłem na długie godziny. Zaczęło się zarywanie nocek, gdyż pozwoliłem dać za wygraną „syndromowi jeszcze jednej misji”. A wiecie co jest najgorsze? To, że nie wiem czy jakakolwiek inna odsłona GTA, zdoła mi się jeszcze spodobać. Zapraszam do przeczytania recenzji, którą napisałem w formie pamiętnika Huanga Lee, głównego bohatera tej wspaniałej historii.
„Ciepłe przywitanie”
Przyjechałem do Liberty City dlatego, że zmarł mój ojciec. Był bossem triady. Nie musiałem długo czekać by dotarła do mnie wiadomość, w której zostałem poproszony o przylot do Stanów w celu przekazania niezwykle cennej pamiątki rodzinnej, miecza Yu Jian, nowemu przywódcy ugrupowania. Nie wiedziałem jednak, że już na lotnisku zostanę przywitany w dość oryginalny sposób – zostałem pobity, przynajmniej z tego co pamiętam, a chwilę potem ocknąłem się w wodach oceanu, zamknięty we wnętrzu samochodu. Cudem przeżyłem. Udałem się do mojego wuja i otrzymałem od niego pomoc. Dostałem mieszkanie, garaż, nawet samochód. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że przez następne kilka miesięcy będę marionetką każdego, kto liczy się w tym mieście. Tak to się wszystko zaczęło. I choć wciąż miałem nadzieję, że znajdę spokojne i dostatnie życie, szybko przekonałem się na własnej skórze, że nadzieja jest matką głupich.

Liberty City, kocham cię!
Od początku nie przepadałem za nikim z „Miasta Wolności”, ale sam wygląd tej metropolii jest wyczesany. Zrobił on na mnie naprawdę ogromne wrażenie, szczególnie nocą kiedy te wszystkie latarnie się zapalają, samochody włączają światła, a w oddali widać blask ze stacji benzynowej czy baru z fast foodem… Gdy dojdzie do tego jeszcze efekt pogodowy znany jako burza z piorunami jest przepięknie! Samo miasto jest naprawdę ogromne, lecz z niewiadomych mi przyczyn nie mogę się dostać do dzielnicy Aldernay. Może nie mam jeszcze wystarczająco wysokiej reputacji? Nie przeszkadza mi to jednak, gdyż do tej pory i tak nie odwiedziłem jeszcze wszystkich zakamarków pozostałej części Liberty City.
PDA, PDA, PDA, któż bez ciebie sobie w życiu radę da!
Tuż przed swoim wyjazdem do Ameryki kupiłem sobie PDA, czyli przenośny, elektroniczny organizer. Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. W Liberty City, co chwila ktoś przysyła mi maile z prośbami o pomoc. Niestety oprócz tych naprawdę ważnych wiadomości, co jakiś czas dostaje też SPAM. Czasami proszą mnie o pomoc dla biednych dzieci w Nigerii, czasem proponują wygodną pożyczkę w banku. Najbardziej zadziwił mnie mail, w którym ktoś zachęcał mnie bym został prostytutką, w rezultacie czego dostawałbym duże pieniądze. Wracając do tematu PDA, dzięki temu urządzeniu mam też dostęp do systemu nawigacji GPS, dziennika w którym notuję swoje statystyki, a także przeglądarki internetowe. Tylko żal że nie ma YouTube’a.

Zlecenia
Na początku byłem bardzo wstrząśnięty zadaniami, jakie mi powierzano. Już na wstępie dostałem spluwę i zostałem zmuszony do zabijania ludzi. Może i zasłużyli na śmierć, ale to jednak ludzie. Wkrótce jednak stałem się największym ‘madafaką’ tego miasta i zwykłe zabójstwo nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. Chyba zauważyli to moi zleceniodawcy, bo dostawałem coraz bardziej szalone zadania. Najbardziej w pamięci utkwiło mi obrabowanie banku, a potem ucieczka w stroju smoka. Nietuzinkowych zajęć było więcej, m.in. rajd cysterną z której wyciekało płonące paliwo, czy odnajdowanie dzięki sonarowi ładunków z nielegalnym towarem ukrytych głęboko pod wodą. Fajnie było też porobić misje dla Melanie, zimnej suki, która tak jak ja jest nowa w tym mieście. Zresztą, wszystkie osoby z którymi się „kolegowałem” były dwulicowe i obłudne. Najpierw przymilają się i mówią, że jestem ich najlepszym przyjacielem, by ostatecznie po wykonanej dla nich robocie obrzucić mnie wyzwiskami i przypomnieć, kto tu rządzi. Chyba jedynym człowiekiem którego polubiłem, jest agent FIB Wade Heston. On nie patrzył na mnie z wyższością, chociaż i tak uważał, że nadaję się tylko do brudnej roboty. Na swój sposób polubiłem też Chana. Był okropnie wkurzający, ale jego ciężki humor naprawdę nieraz poprawiał mi nastrój. Jego teksty typu: „Hej, Huang, teraz jesteśmy jak bracia, tylko, że jeszcze lepiej, bo mogę przelecieć twoją matkę” chyba do końca życia pozostaną mi w pamięci.
Czasami trzeba sobie dorobić…
Jako, że u swych zleceniodawców zbyt wielkiej kasy nie trzepałem, często uciekałem się do innych metod zarobku. Bawiłem się troszkę w taksówkarza, udawałem policjanta by łapać groźnych przestępców, nawet ratowałem na wpół żywych ludzi jako kierowca ambulansu. Jest ze mnie istny anioł miłosierdzia. Oprócz tego w zamian za kilka dolarów, wyświadczałem przysługi zwykłym mieszkańcom Liberty City. Chociaż nazwanie ich „zwykłymi” nie do końca jest zgodne z prawdą. Często bywali nienormalni. Za przykład niech posłuży tu jeden gość, o ile dobrze pamiętam gwiazda porno, który co chwila chwalił się swoim erotycznymi podbojami, podczas gdy ja musiałem zawieźć go na plan filmowy. Była też kobieta, która właśnie dowiedziała się, że jest chora i pozostał jej miesiąc życia. Poprosiła mnie więc, bym zabrał ją na mrożącą krew w żyłach przejażdżkę, gdyż chciała poczuć dopływ adrenaliny przed śmiercią. Zdarzali się jednak całkiem zwyczajni ludzie, co w tym mieście jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Tutaj po prostu nie da się być normalnym…

Masakra piłą mechaniczną… w Liberty City.
Można powiedzieć, że od roboty jaką wykonywałem zacząłem mieć pewne odchyły. Napadanie na niewinnych ludzi stało się dla mnie standardem. Uwielbiałem ich podpalać miotaczem ognia czy przepiłowywać ich ciała na pół. W swojej podświadomości stworzyłem nową rozrywkę, którą pokusiłem się nazwać: „Rampages”. Zabawa ta miała formę wyzwań w których w określonym czasie musiałem zabić ustaloną ilość przechodniów (czasami członków konkurencyjnych gangów) z góry narzuconą bronią. Takie moje małe igrzyska. Na samą myśl, że mogłem robić coś podobnego ciarki przechodzą po plecach.
To ja jestem Bogiem, uświadom to sobie…
Czasami, gdy potrzebowałem kilku „goryli”, przyjmowałem do mojego gangu nowoprzybyłych, zagubionych, często będących w tarapatach Chińczyków. Wyglądało to tak: gdy tylko zauważałem „skośnooką” osobę, która wpakowała się w jakieś tarapaty (tzn. jest przez kogoś bita, poniżana etc.), od razu biegłem jej na pomoc. Z miejsca stawałem się jej wybawicielem. Żeby jednak taki Azjata o mnie nie zapomniał, szedłem z nim do salonu tatuaży i robiłem mu na ramieniu jakaś dziarę. W momencie takiego naznaczenia triada powiększała się o jednego członka.

Bo już dawno nasze mózgi wypełnione są marią.
Często zdarzało się, że potrzebowałem dużej ilości pieniędzy. Wtedy najbardziej dochodowym biznesem okazywał się handel dragami. Od niektórych narkotyki kupowałem po śmiesznie niskich cenach, potem czekałem aż ktoś mi wyślę maila, iż na gwałt potrzebuje np. zioła czy ekstazy i sprzedawałem je po bardzo zawyżonych cenach. Przy dobrym układzie potrafiłem zarobić nawet do dziesięciu patyków dziennie. Na cenę towaru wpływają kamery monitorujące zainstalowane w mieście. Można się ich pozbyć np. rzucając w nie koktajlem Mołotowa. W miejscach gdzie już nie ma tych urządzeń, znacząco spada wartość narkotyków. Słyszałem od kumpla, że kamerek jest około stu. Na razie znalazłem i zniszczyłem pięćdziesiąt takich cudeniek techniki. Oprócz kupna używek u dilerów, można wejść w ich posiadanie także w inny sposób. Na mieście jeździ wiele vanów przemycających towar. Wystarczy ukraść takową furgonetkę i pojechać nią do najbliższej dziupli . Zawsze można też spróbować szczęścia szukając kilku działek w ulicznych śmietnikach, przez nie bowiem przekazują sobie swój towar mniejsze grupy przestępcze.
Spis zapotrzebowania na narkotyki:
1. Afro-amerykanie sprzedają środki psychoaktywne, a kupują kwas.
2. Rosjanie sprzedają ekstazy, a kupują kokę.
3. Gang „The Angels” sprzedaje kokę, a kupuje ekstazy.
4. Irlandczycy sprzedają kwas, a kupują ekstazy.
5. Gang M.O.B. sprzedaje ekstazy, a kupuje kokainę.
6. Koreańczycy sprzedają heroinę, a kupują kwas.
7. Hiszpanie sprzedają kokę, a kupują ekstazy.
8. Jamajczycy sprzedają maryśkę, a kupują środki psychoaktywne.
9. Triada sprzedaje środki psychoaktywne, a kupuje heroinę.
Oj dana, oj dana, chcę lepszego guna!
Broń była najczęściej używanym przeze mnie środkiem perswazji. I tu pojawia się pytanie, co trzeba zrobić, żeby wejść w jej posiadanie. Otóż mogłem z poziomu PDA zamówić ją w internetowym sklepie Ammu-Nation. Płaciłem z góry, przelewem, a po pewnym czasie transport dojeżdżał do domu zostawiając ładunek przed samymi drzwiami. Pozyskiwanie broni w ten sposób jest jednak dość kosztowne, więc od razu zacząłem kombinować, jak tu taniej zdobyć dobrego guna. Nie potrzebowałem dużo czasu by dojść do wniosku, że przechwycenia ciężarówek wspomnianej już firmy - Ammu-Nation to znakomity sposób. Czasem z pomocą przychodziły… a jakże, śmietniki! Tak, jak w przypadku dragów, niektóre gangi przekazują sobie w ten sposób broń. Zdarzało się też, że potrzebne mi były koktajle Mołotowa miedzy innymi po to, by niszczyć wspomniane już wcześniej kamery. Wtedy udawałem się na najbliższą stację benzynową i tam za opłatą pobierałem benzynę, którą nalewałem do pustych butelek. Gdy Bóg mnie opuszczał, w przypływie bezradności, wywoływałem uliczne rozróby z udziałem jakichś mafiosów i policjantów. Sprzęt zbierałem po nieboszczykach.

Szybko i gniewnie!
Modeli samochodów w Liberty City jest całkiem sporo. Nie byłbym więc sobą gdybym nie przetestował każdego z nich. Za każdym razem jeździłem szybko i niebezpiecznie. Ileż to razy obiecywałem sobie, że po krótkiej przejażdżce lub wyścigu odstawię rzadką, sportową brykę do garażu! Nigdy się nie udało. Za każdym razem kończyłem efektowną destrukcją auta. Wspomniałem o wyścigach, więc należy to rozwinąć. Gdy potrzebowałem trochę adrenaliny, siadałem za kółkiem kradzionego, szybkiego auta i brałem udział w przeróżnych wyścigach. Czasem walczyłem z innymi o zwycięstwo, czasem próbowałem coś sobie udowodnić i stawałem do walki samotnie, chcąc pobić swój najlepszy czas na danym odcinku miasta. Pamiętam jak dziś,próbę pobicia rekordu najszybszego przejazdu przez cmentarz. To był hardcore! Jednak nie zawsze brałem udział w zawodach jako uczestnik, zdarzało mi się je sabotować poprzez pozbycie się lub spowolnienie oponentów mojego zleceniodawcy. W Mieście Wolności nie zabrakło także motocykli. Głównie wykorzystywałem je do specjalnych akrobatycznych skoków, ale zdarzyło mi się raz udawać mojego zleceniodawcę, chcącego dołączyć do gangu motocyklowego. Robiłem wtedy przeróżne triki żeby zrobić wrażenie na członkach wspomnianego ugrupowania. W Liberty City nie zabrakło też łodzi, statków czy skuterów wodnych. Korzystałem z nich sporadycznie i raczej nie mam żadnych ciekawych wspomnień z nimi związanych.
Prawie jak Lotto!
Nieraz bywałem zdesperowany do tego stopnia, że szukałem ucieczki w hazardzie. To znaczy nie do końca. Po prostu szedłem do najbliższego sklepu i kupowałem różne karty zdrapki. Płacąc niewielką kwotę (od 5$ do 15$), miałem szansę na wygranie zwrotu pieniędzy, hot-doga, hamburgera, 200$, przyzwoitej spluwy, granatów, snajperki, wyrzutni rakiet czy też nawet domu! Przyznam, że do dziś z tego ostatniego cieszyłem się tylko jeden raz.

Niebiescy na ogonie
Ile to już razy miałem gliny na karku? Te upierdliwe i ospałe miśki potrafią się przyczepić o prawie wszystko! O handel dragami, o potrącenie przechodnia, o lekkie obtarcie autem radiowozu policyjnego. Jak już wcześniej wspomniałem, funkcjonariusze na patrolu są ospali i wolni, kiedy jednak coś przeskrobiemy, ich życie od razu nabiera tempa. W tym mieście, żeby stracić poziom zainteresowania policji, trzeba po prostu pozbyć się określonej liczby radiowozów. I tyle na ten temat. Jeżeli już zostałem aresztowany przez niebieskich, to skutki tego były opłakane. Z mojego konta znikała część pieniędzy, a na dodatek musiałem oddać całą posiadaną broń. Były to jednak przypadki sporadyczne, więc z reguły nie przejmowałem się kogutami w lusterku, szczególnie, że nie zawsze policyjne samochody ścigały tylko mnie.
Koniec z gangsterką!
Po wyrównaniu rachunków postanowiłem, iż zostanę w Liberty City na stałe. Jednak podjąłem też inną ważną dla mnie decyzję. Od dziś koniec z gangsterką. Chociaż może jeszcze kiedyś… zapragnę wrócić do szalonego życia pełnego emocji i adrenaliny.
Huang Lee
Grafika
Dobra, Huang się nagadał, więc teraz moja kolej. Chciałem od siebie dodać, że w grze naprawdę mamy do czynienia ze wspaniałą oprawą wizualną. Mimo tego, a może dzięki temu, że w produkcji zastosowano rzut izometryczny, wygląd miasta prezentuje się lepiej niż w trójwymiarowych odsłonach serii. Tak! Jak już wcześniej wspomniał mój skośnooki kolega, metropolia nocą wygląda przepięknie. Światła samochodów czy latarni prezentują się oszałamiająco. Gdy do tego wszystkiego dojdzie burza w trakcie jakiejś rozróby z użyciem miotacza ognia, to „miód” aż wylewa się przez mały ekranik naszego handhelda. I mówię to ja, osoba która była przeciwnikiem takiej wizji przedstawienia świata.

Dźwięk
Sama gra nie może jednak mieć samych zalet, prawda? Największym minusem, który od razu zauważy nawet laik, jest brak voice-actingu, czyli mówionych kwestii w przerywnikach filmowych. O ile brak voice-actingu w cut-scenkach w wersji na konsolkę Nintendo DS można bez trudu zrozumieć, to nie wiem jak może być mowa o takim przeoczeniu w wersji na naszą kieszonsolkę. Oprócz tego irytują dźwięki w stacjach radiowych. Dlaczego? Mimo, że stacji jest więcej, to w ich dźwiękach nie słychać finezji, nie ma w nich żadnego wokalu, to nadal krótkie melodie. Nie mówię, że są złe, ale widać, że Rockstarowi zależało, by wydać Chinatown Wars jak najszybciej.
Multiplayer
W nowym GTA nie mogło zabraknąć trybu dla wielu graczy. I mimo, że jest on dostępny tylko przez ad-hoca, słyszałem, iż daje on dużo frajdy. Sam niestety nie miałem okazji go przetestować (ciężko jest znaleźć kumpla z PSP, a co dopiero z PSP i GTA:CW). Oto tryby gry w multiplayerze:
Single Race Mode – Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że chodzi tu o standardowy wyścig
Season Race Mode – Cały sezon wyścigów, który składa się z czterech turniejów (jeden turniej ma pięć wyścigów).
Stash Dash – Na mapie miasta w losowym miejscu pojawia się van załadowany „towarem”. Gracz, który jako pierwszy zasiądzie za kierownicą furgonetki, ma za zadanie bezpiecznie dojechać nią do kryjówki. Natomiast zadaniem drugiej osoby jest ostrzeliwanie furgonetki, by ta po prostu wybuchła. Po dostarczeniu vanu do dziupli lub po jego zniszczeniu, na mapie pojawia się kolejny samochód. Tak w kółko dopóki któryś z graczy nie zbierze określonej liczby punktów zdobywanych za bezpieczne odprowadzenie furgonetki do kryjówki.
Defend the Base – W tym trybie zadaniem graczy jest sprzymierzenie sił i wspólne stawienie czoła falom wrogów, którzy chcą zdobyć ich bazę.

Mini-gry
Mini-gry od początku miały stanowić o sile tego produktu. Niestety nie są one tak dobre jak w przypadku wersji na NDS, co jest zrozumiałe. W oryginale bardzo przydatnym narzędziem okazał się stylus i dotykowy ekran, jakim dysponuje przenośna platforma Nintendo. W wersji PSP sterowanie zwykłymi przyciskami nie bawi już tak bardzo. Co więcej, czasem miałem wrażenie, że wspomniana funkcja została wciśnięta na siłę i choć z początku mini-gry mnie bawiły, z czasem stały się udręką. Przykład frustracji tym elementem gry? Uciekam przed policją, więc wsiadam do najbliższego zaparkowanego samochodu. I co? Oczywiście muszę przejść krótką gierkę związaną z odpaleniem silnika. Jej ukończenie trwa pięć, może dziesięć sekund, ale dla glin jest to wystarczająco dużo czasu, by mnie zgarnąć.
Mini-gry znalazły jeszcze zastosowanie np. w:
- grzebaniu w śmietnikach
- zdrapywaniu kuponów-zdrapek
- robieniu koktajli Mołotowa
- niszczeniu kłódek
- składaniu karabinu snajperskiego
Rockstar Social Club
Kiedy dopiero zaczynamy grę i nie możemy wejść w narkotykowy biznes, bo po prostu nie mamy za co, dobrą możliwością zarobienia okazuje się Rockstar Social Club. Wystarczy, że na dowolnym komputerze wejdziemy na stronę internetową www.socialclub.rockstargames.com i utworzymy tam konto. Następnie, gdy na PSP uruchomimy grę, wystarczy przypisać utworzone konto i już możemy cieszyć się wszystkimi funkcjami RSC. Wspomnianym już sposobem na zarobienie są dwie flashowe gierki. W pierwszej z nich naszym zadaniem jest… pomoc w pralni, a dokładnie zbieranie ubrań, które wypadają z pralek i dostarczanie ich do furgonetki. Druga gierka polega na rzucaniu nożem w określone składniki spożywcze, tak by się rozpadły (tudzież rozbiły) idealnie na nasz stół z suchą macą. Gdy uporamy się ze składnikami, pozostaje jedynie prostym ruchem myszki zwinąć całą zawartość. I tak w kółko dopóki nie skończy się czas (za dobre wykonanie czy za celność w rzucaniu nożem dostajemy dodatkowe bonusy czasowe). W ten oto sposób można sobie trochę dorobić. Oprócz pieniędzy, jeśli dobrze nam pójdzie, możemy też dostać dodatkowe przedmioty do gry, takie jak opancerzony Patriot (samochód) czy ubranka dla Huanga. RSC to nie tylko sposób na zdobycie zysków materialnych, system ten służy również do przesyłania naszych statystyk, które może zobaczyć każdy użytkownik. W ramach tej usługi możemy też dodawać znajomych i sprawdzać ich dokonania, dzięki interaktywnej mapce dostępnej na stronie projektu ("założymy się, kto pierwszy przejdzie tą grę?"). Miłą rzeczą jest także możliwość odblokowania dodatkowych misji po przejściu gry, ale o tym możecie dowiedzieć się odwiedzając RSC.

Podsumowanie
Najnowsza część GTA jest świetna i pokazuje, że można zrobić odsłonę cyklu, która będzie swą formą odbiegać od poprzedniczek. Najlepszą rekomendacją tego arcydzieła niech będzie świadectwo wielu ludzi, którzy czekali na San Andreas Stories. Po kontakcie z Chinatown Wars to czy powstanie SAS stało się nieistotne. Teraz czekają raczej na hmm… Chinatown Stories? Tę produkcję polecam każdemu posiadaczowi PSP, a w szczególności tym, którzy nie mieli okazji zagrać w DS-owy oryginał.
PS Jest to moja pierwsza recenzja dla PSP-Team.pl. Prosiłbym więc o opinie i sugestię. Będę bardzo wdzięczny.
+ Świetna fabuła
+ Prześliczna grafika
+ Ogrom miasta
+ Ogrom możliwości
+ Niezłe mini-gry…
- ...które po pewnym czasie nudzą
- brak voice-actingu
- brak wokalu w kawałkach ze stacji radiowych






Odpowiedzi
zgadzam sie w 100% :) pomysł
demolarz - 22 listopad, 2009 - 01:26zgadzam sie w 100% :)
pomysł w postaci pamiętnika fenomenalny, spodziewałem się kolejnej nudnej recki GTA, a tu takie miłe zaskoczenie
pozdr
Świetna recka, z którą
dawidkas - 22 listopad, 2009 - 16:18Świetna recka, z którą zgadzam się w 100%.
(Jedno zastrzeżenie: "wygląd miasta prezentuje się lepiej niż w trójwymiarowych odsłonach serii" - ta gra jest stworzona także w 3D, więc te zdanie nie za bardzo ma sens.)
Nox~
Sensowniej by było "lepiej
WestGamer - 22 listopad, 2009 - 17:27Sensowniej by było "lepiej niż z kamerą zza pleców", ale recka naprawdę super.
Recenzja wykonana z bardzo
oliwa309 - 23 listopad, 2009 - 13:29Recenzja wykonana z bardzo dobrym pomysłem, czytelna i co by więcej dodać...
dobra robota!
Widzę, że ktoś jeszcze
Kacperus - 25 listopad, 2009 - 16:57Widzę, że ktoś jeszcze pamięta pfk :D
Recka jest w porządku, bardzo
ThePanZielarz - 10 grudzień, 2009 - 17:45Recka jest w porządku, bardzo mi się podoba. Może za jakiś czas zakupię CW? Kto wie?
Pozdro
nom moze bedzie fajna
krzychumafia - 19 grudzień, 2009 - 19:36nom moze bedzie fajna
Dodaj nową odpowiedź