Jesteś nie zalogowany. Stwórz konto lub zaloguj się!
Strona głównaForumRedakcjaKontakt

„Nazywam się Zed Pelin, a to jest moja historia…” - takim tekstem przywitał mnie najnowszy minis od studia Craneballs, Blimp: The Flying Adventures. W przeciągu minuty stałem się pilotem sterowca, który na bliżej nam nieznanej planecie, podobnej do Ziemi, dołącza do ruchu oporu. Teraz pozostaje tylko powstrzymać siły wroga nim będzie za późno. Czas się przekonać, jakich lotów jest ta historia. Gotowi, by po raz kolejny uratować ludzkość? No to jedziemy.

 

 

Już po uruchomieniu gry przeżyłem pozytywne zaskoczenie, bowiem moim oczom ukazało się bardzo ładnie zrobione menu. Do wyboru mamy standardowo – creditsy, opcje, grę właściwą oraz tutorial. To właśnie od tego ostatniego chciałbym zacząć. Jest to swego rodzaju misja zerowa, podczas której poznajemy zasady gry. Jak już wspomniałem we wstępie, jesteśmy pilotem sterowca, toteż w tutorialu nauczymy się latania oraz zrzucania rakiet. Właśnie tu dowiemy się również jak zabrać na pokład naszych sojuszników i zbierać rozsiane po niebie różnego rodzaju przedmioty.

Gdy już opanujemy co i jak należy robić, możemy przejść do „gry właściwej”. Poziomów mamy dwadzieścia, przy czym każdy następny odblokowywany jest po ukończeniu poprzedniego. Niestety misje zlecane nam przez wspomniany na wstępie ruch oporu cierpią na kompletny brak zróżnicowania. Tak naprawdę tylko dwa zadania uciekają poza schemat. Mowa tu o levelu, w którym naszym celem jest zniszczenie wielkiej maszyny należącej do naszych wrogów (boss) oraz o poziomie, gdzie musimy eskortować sojuszniczą jednostkę niewyposażoną we własną broń.

 

 

Gameplay stanowi jedną z największych zalet produkcji Craneballs. Jak w poprzednich akapitach wspomniałem, latamy sterowcem, a naszym zadaniem jest transport pasażerów z punktu A do B oraz wynajdywanie i zdobywanie ważnych dla naszych zleceniodawców „itemków”. Na ręcznie rysowanych, cudownie wyglądających planszach zostały rozsiane rozmaite przeszkody oraz wrogie jednostki, usilnie próbujące odebrać nam życie. Zachowanie naszych nieprzyjaciół nie jest jednak zależne od naszego postępowania i nie będą ciągle za nami fruwać i strzelać. W większości przypadków są oni zaprogramowani tak, by latać na określonych wartościach osi x/y strzelając przed siebie. Nasza w tym głowa, by ich uniknąć. Oberwanie jednym pociskiem nie niesie za sobą większych konsekwencji, jednakże jeśli wlecimy przez przypadek na działo, to możemy być niemal pewni, że zakończy się to napisem „Mission Failed”. Oprócz zagrożenia, jakie niosą ze sobą różnego rodzaju antagoniści, naszym przeciwnikiem może być też otoczenie. Uwierzcie mi, jeżeli spadniecie z dużej wysokości na jakąś „półkę”, to naprawdę będzie bolało. We wszystkim trzeba być bardzo precyzyjnym. Jedno spotkanie bliższego stopnia ze ścianą lub słupem ognia może drogo kosztować. Najlepiej więc wszelkie czynności wykonywać powoli. Nie jest to jednak takie proste, gdyż na dwóch z trzech dostępnych poziomów trudności działamy pod presją czasu.

Żeby nie było jednak za trudno, twórcy umieścili w grze „znajdźki” pełniące rolę wspomagaczy. Dzięki temu w trakcie rozgrywki znaleźć możemy apteczki regenerujące w określonym stopniu pasek życia, zegary zwiększające nieco limit czasu oraz diamenty dodające trochę punktów za wykonanie misji. Zbierzemy także rakiety, które będziemy mogli spuszczać na oponentów. Ich zasoby są jednak ograniczone ilościowo, więc nie dziwi obecność czwartej „znajdźki” – pudełka z pięcioma pociskami.

 

 

 

W tytule od studia Craneballs spotykamy się z trzema poziomami trudności. Pierwszy z nich - „Easy” - jest dosyć prosty (choć i tak nieraz zdarzy się nam schrzanić misję), ponieważ już na starcie mamy pełny pasek życia oraz nieskończenie dużo czasu na wypełnienie przekazanych nam poleceń. „Normal” jest już trudniejszy, gdyż tym razem mamy określoną liczbę minut na ukończenie poziomu. Ostatni, czyli „Hard”, to już wyższa szkoła jazdy, szczególnie na misjach 15-20. Dlaczego? Oprócz ograniczenia czasowego mamy utrudnienie w postaci rozpoczęcia rozgrywki z paskiem życia napełnionym tylko do połowy. Dodajmy do tego, że „znajdźki” są generowane losowo, tak więc jeżeli nie odnajdziemy apteczki gdzieś na początku planszy, to zabawa może skończyć się niepowodzeniem. Ale to tylko motywuje do ponownego spróbowania swoich sił. Występuje tu bowiem silnie oddziałujący na nas syndrom „jeszcze jednego razu”.

Ciekawi Was zapewne jak rozwiązano kwestię sterowania. Otóż jest ono całkiem proste i świetnie się sprawdza w praktyce. Przyciskiem „X” nabieramy wysokości, a wychylając analog na boki, wybieramy kierunek, w którym chcemy lecieć. Puszczenie “iksa” obniża lot, jednak należy to robić umiejętnie, gdyż w grze obowiązuje siła grawitacji. Tak więc im dłużej spadamy, tym większej nabieramy prędkości, a co za tym idzie, boleśniejsze będzie spotkanie z ziemią. Ostatnimi klawiszami, z których przyjdzie nam korzystać w trakcie rozgrywki są triggery L i R, które odpowiadają za spuszczanie na oponentów rakiet.

 

 

No dobra, ale co z grafiką? Jest 20 poziomów. Rozgrywane są w około pięciu różnych stylistykach. Mamy las, góry, tereny pustynne etc. Wszystkie plansze są ręcznie rysowane, a całość wygląda po prostu cudownie. Mnie najbardziej zauroczyły tereny leśne, gdzie składowane są toksyczne odpady. Po prostu miód dla oka. Wydaje mi się, że również elementy ruchome (nasz sterowiec, wrogowie, słupy ognia etc.) wyszły ludziom z Craneballs tak jak powinny.

Skoro jestem już przy aspektach technicznych tej produkcji, to muszę zahaczyć tutaj o warstwę audio. Muzyka płynąca z głośniczków konsolki, gdy jesteśmy w menu, brzmi całkiem w porządku. Podobnie jak ta, którą słyszymy prowadząc rozgrywkę na poszczególnych poziomach. W pewnym sensie buduje ona klimat. Takowym „konstruktorem” mogę też nazwać radiowe komendy głosowe przekazywane w trakcie gry. To głównie dzięki nim czułem, że jestem pilotem sterowca. Efekty dźwiękowe towarzyszące naszym poszczególnym zachowaniom to już osobna kwestia. Wystrzeliwane rakiety brzmią OK, ale poza nimi raczej nie usłyszymy już nic. A szkoda, bo bardzo miło by było, gdyby dane nam było posłuchać dźwięku silnika naszej maszyny. Nie pogardziłbym również słyszalnym hukiem wynikający z uderzenia sterowcem w ziemię po upadku z dużej wysokości.

 

 

Na koniec pora omówić jak wygląda sprawa związana z czasem gry. Przeszedłem wszystkie plansze na poziomie „Easy”, pięć na „Normal” oraz osiem na „Hard”. Według licznika dostępnego w podsumowaniu dokonań zajęło mi to 1h 21 min. Brzmi to jednak podejrzanie dziwnie, gdyż wydaje mi się, że przy tytule spędziłem dużo więcej czasu. A skoro jesteśmy już przy statystyce, to muszę wspomnieć, że podobnie jak w przypadku innej produkcji wydanej przez Grip Games, i tym razem dostępny jest ranking online. Wystarczy przepisać kod wygenerowany w opcji „Score”, na stronę i już dowiadujemy się, którą pozycję zajmujemy.

Podsumowując, „Blimp: The Flying Adventures” polecam wszystkim tym, dla których „fajerwerki techniczne” nie są miernikiem jakości gier wideo. Minis ten jest dostępny w polskim PlayStation Store w cenie 20 zł. Jak na minisa to całkiem sporo, jednakże jeśli macie za dużo pieniędzy i nie macie co z nimi zrobić, to warto się zainteresować produkcją Craneballs.

 

Plusy:

- piękna, ręcznie rysowana grafika
- ciekawa rozgrywka, w której odnajdą się fani „UGH!”
- ranking online
- syndrom „jeszcze jednej próby”

Minusy:

- cena (20 zł) mogłaby być troszkę niższa
- brak niektórych efektów dźwiękowych
- mała różnorodność misji

Ocena:
79%

Odpowiedzi

Portret użytkownika spaidi

Po głębszym zapoznaniu się z

Po głębszym zapoznaniu się z tytułem muszę powiedzieć że jestem pozytywnie zaskoczony. Dość wysoki poziom trudności, genialna grafika, cudowna kreska podczas ekranów ładowania. Jak dla mnie 8,5/10

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
Type the characters you see in this picture.
Przepisz znaki widoczne w powyższym obrazku. Jeśli nie możesz ich odczytać, wciśnij Podgląd, by wygenerować nowy kod. Wielkość liter nie ma znaczenia.