Jesteś nie zalogowany. Stwórz konto lub zaloguj się!
Strona głównaForumRedakcjaKontakt

    Dynasty Warriors to bez wątpienia seria, której kolejne odsłony pojawiają się na półkach sklepowych bardzo często. W każdej następnej części z reguły mamy do czynienia z tym samym – klepaniem tysięcy wrogów w realiach starożytnych Chin z okresu Trzech Królestw. Wielu ludzi znających się na branży gier twierdzi, że to pora, by trochę dać sobie na wstrzymanie, podając jako powód ogólne „zmęczenie materiału”. Zapewne coś w tym jest, jednakże pomimo tego Omega Force z uporem maniaka „trzaska” kolejne wersje swojej sztandarowej serii. Tym razem jednak zadbano o to, aby było trochę nowości – w końcu podtytuł „Next” zobowiązuje.

    Jaka jest najbardziej wymagająca gra na świecie? Tutaj odpowiedzi może paść wiele, jednak jeśli zawęzimy grono potencjalnych kandydatów do slasherów, chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że mowa tu o całej serii Ninja Gaiden. Wraz z premierą PlayStation Vita posiadacze najnowszego handhelda Sony otrzymali możliwość przetestowania Ninja Gaiden Sigma Plus, pierwszej odsłony serii na konsole przenośne. Już na początku uprzedzam jednak weteranów sagi, że jest to tylko lekko rozszerzona edycja wersji z PS3. Cała reszta niech wyciąga z szafy swoje lateksowe kostiumy, katany i obowiązkowo maskę, a z decyzją o ich przywdzianiu wstrzyma się do momentu przeczytania poniższej recenzji gry.

    22 lutego mamy już za dawno za sobą. Tegoż dnia odbyła się europejska premiera konsoli PlayStation Vita. Oprócz samego sprzętu dostaliśmy także sporo gier startowych, a wśród nich znalazł się także tytuł spod dłuta Bloober Team - polskiego dewelopera mającego na swoim koncie chociażby Music Master Chopin. Tak, nie mylicie się, A-men, gdyż o nim mowa, to pierwsza rodzima produkcja debiutująca na premierę konsoli. Czy udana? Tego dowiecie się, czytając tę recenzję.

    A zatem kolejny rzut rożny dla Anderlechtu. Atmosfera na stadionie nie pozwala wątpić w wagę tego meczu. „Wisło, Ty ma! Wisło, Ty ma! Pokaż światu jak się w piłkę gra!”, okrzyki stają się coraz głośniejsze. Turecki arbiter doliczył tylko trzy minuty, a przecież na zegarze już teraz świetliście mienią się cyfry 94:28. „Dlaczego nie gwiżdżesz?!” – takie myśli kłębią się w głowie każdego kibica, który przybył dziś na stadion przy ulicy Reymonta w Krakowie. Piłka już w narożniku. Lucas Biglia pomału do niej podchodzi. Chociaż to Belgowie gonią wynik, nie spieszą się. Mają świadomość, że dla nich to ostatnia szansa. W polu karnym Wiślaków kompletna jedenastka Brukselczyków. Nawet bramkarz gości przybiegł wesprzeć swą drużynę. Krakowianie zmęczeni, potwornie zmęczeni, ale muszą wytrzymać ten ostatni atak. Biglia bierze rozbieg. Centruje. Piłka w powietrzu. Złapał ją! Złapał! Piłka w rękach Pareiki! Gwizdek sędziego! Koniec meczu! I wrzask czterdziestu tysięcy gardeł. Wrzask radości.

    Zwiedziłeś już z Nathanem i spółką lasy Amazonii, śnieżne szczyty Tybetu bądź ogromną pustynię Rub' Al Khali? A może, dopiero zaczynasz przygodę z Indianą Jonesem naszych czasów? Nie ważne, w każdym z tych przypadków czeka Cię kawał świetnie stworzonej gry. Nakarm więc psa, poinformuj dziewczynę, podlej kwiaty i wsiadaj w samolot. Meksyk czeka.

    Ale, jak, po co i dlaczego?

     

     

    Lubicie trudne gry? Takie, gdzie przejście jej wymaga od nas maksymalnego skupienia, treningu, wyuczenia się plansz, zręczności, cierpliwości? The Impossible Game od FlukeDude, jak można się domyślić po nazwie, powinien taki właśnie być, czyli niemożliwy do skończenia. Ale jednak da się go przejść i nie do końca jest taki, jakie daje o sobie pierwsze wrażenie.

     

     

    Strzelam, że większości z Was obiła się kiedyś o uszy produkcja o nazwie "Doodle Fit" naszego rodzimego producenta "Gamelion". Niecały rok temu zadebiutowała ona na sprzętach Apple i została bardzo ciepło przywitana zarówno przez recenzentów jak i graczy. Od tego czasu dojrzewała, dorobiła się kilku aktualizacji dodających kolejne plansze, motywy czy też zwykłe usprawniania. W takiej formie, oczywiście po wszelkich dostosowaniach dla naszej kieszonki, wylądowała w dziale z Minisami.

     

     

    Patrząc na ostatnie i przyszłe premiery gier, możemy zauważyć pewną modę, która już jakiś czas temu opanowała rynek. Kolejna wojna światowa, jakiś wielki akt terroru, niekończące się ataki zombie, najazdy ufoludków, postapokaliptyczne okolice, muskularny bohater etc. Macie już tego dosyć czy całkowicie przeciwnie, czujecie wciąż niedosyt? Jeżeli odpowiedzieliście twierdząco na któreś z tych pytań (szczerze to innej opcji nawet nie mieliście), Grip Games przygotował coś dla Was...

     

    Perkusja, jak mniemam, niektórzy z Was wiedzą, nie należy do łatwych w nauce instrumentów. Wymaga od nas wyczucia rytmu, tempa oraz odpowiedniej synchronizacji kończyn. W zespole to między innymi od naszej gry zależy udany występ - nie możemy w końcu pozwolić sobie na zmianę rytmu będącego podkładem dla reszty grających. Gdy zbytnio przyśpieszymy, gitara będzie musiała nadążyć, ale wokal nie da rady wyśpiewać całości tekstu z powodu braku powietrza. Jednakże jaki związek ma perkusja z nowym minisem od MusiGames? Głównie motyw instrumentu i poziom trudności. Spodziewacie się klona Guitar Hero z perkusją? Nic bardziej mylnego. Zobaczcie sami, co Ci ludzie wykombinowali.

     

    Od samego początku podchodziłem do tego tytułu z lekką rezerwą. Otóż produkcja polegająca na dopasowywaniu przedmiotów do ich cieni... Chociaż sprowadza się to do najprostszego systemu "zrób coś jak najlepiej, a dostaniesz więcej punktów", jakoś mam mieszane uczucia. Nie to, że gry koniecznie muszą posiadać jakiś konkretnie określony i widoczny gołym okiem cel (odkryj, dotrzyj, wyeliminuj, nawet jak to wszystko nie ma końca), lecz dzięki niemu mamy narzucone inne wyzwanie niż uzupełnienie swoim nickiem tabeli zwycięzców. Oczywiście nie oznacza to, że w 3D Twist & Match chodzi jedynie o to drugie, gdyż jest to w gruncie rzeczy niemożliwe. Jakimś sposobem wynik trzeba nabić. Chwila, nie od środka. Przepraszam za to wyrzucenie od razu na głęboką wodę, lecz kwestia "celu" nie daje mi spokoju. Jeżeli jesteście tym wstępem skołowani, ten tekst rozwieje Wam moje powyższe mętnie przedstawione i niedokończone przemyślenia.

     

    Producenci gier nierzadko sięgają po broń zwaną nostalgią. Przygotowują nam tytuły, które w większym, bądź mniejszym stopniu nawiązują do klasyków branży, rozpalając w graczach sentyment. Ci najczęściej łykają przynętę bez zastanowienia, chcąc sobie przypomnieć stare, dobre czasy, w których to grafika nie była najważniejsza, a o sukcesie gry stanowiła unikatowa rozgrywka. Czasem powrót do korzeni był bardziej udany, innym razem dostawaliśmy marną gierkę, sprytnie zamaskowaną taką retro stylistyką.

    Pix'n'Love Rush to właśnie jedna z tych produkcji, które przyciągają uwagę nietypową jak na dzisiejsze czasy oprawą. Jednak pod skorupką nostalgii znajdujemy, o dziwo, bardzo przyjemną i wciągającą gierkę. Ale po kolei.

     

    Honoru i imienia akademii lotnictwa bronić trzeba. No, nie trzeba, lecz kto jak już tam uważa. Historia rozpoczyna się w momencie nalotu konkurencyjnej szkoły na nasze lotnisko. Po udanym odparciu wrogich sił nie pozostawimy ich odwiedzin bez odzewu i ruszamy tam skąd przybyli zostawiając za sobą wraki setek maszyn... Dobrze, nie jest to może fabuła MiniSquadron, gdyż produkcja nie posiada jakiejkolwiek, lecz całkiem ładnie oddaje ideę udanego debiutu firmy Supermono na platformie PSP.

     

    Moda na zombi przez cały czas trwa i wydaje się nie mieć końca. Co chwilę jakieś studio karmi nas coraz to nowymi albo i odświeżonymi pomysłami na przestawienie ich unicestwienia. Nie inaczej jest tutaj z Twin Blades: The Reaping Vanguard od Sanuk Games. Co by tutaj dużo pisać, miliony ożywionych umarłych znowu w mniej lub bardziej finezyjny sposób odejdą w niepamięć... Ale czy naszą, to już dowiecie się dalej.

     

     

    „Nazywam się Zed Pelin, a to jest moja historia…” - takim tekstem przywitał mnie najnowszy minis od studia Craneballs, Blimp: The Flying Adventures. W przeciągu minuty stałem się pilotem sterowca, który na bliżej nam nieznanej planecie, podobnej do Ziemi, dołącza do ruchu oporu. Teraz pozostaje tylko powstrzymać siły wroga nim będzie za późno. Czas się przekonać, jakich lotów jest ta historia. Gotowi, by po raz kolejny uratować ludzkość? No to jedziemy.

     

    Nie znam takiego, który by nie bronił własnej kobiety przed złem. Światowy system jednak działa tak, że gdy bandzior choćby miał unicestwić pół miasta przypadkowo zginie w obronie koniecznej, pójdziemy siedzieć... Zwłaszcza, gdy owym czarnym charakterem jest syn burmistrza miasta. Trafiamy za kratki, odsiadujemy wyrok, a nasza kochająca kobieta odwiedza nas codziennie w więzieniu, jednak aż do pewnego momentu... Zamiast niej przychodzi list z dołączonym kluczem do celi oraz dopiskiem, iż mamy 24h na dotarcie na dach ratusza, inaczej nasza ukochana zginie... Nasza ukochana zginie? I MUST RUN!