Jesteś nie zalogowany. Stwórz konto lub zaloguj się!
Strona głównaForumRedakcjaKontakt

    Od dłuższego czasu w sieci pojawia się między graczami mnóstwo sporów dotyczących kondycji konsolki PS Vita. Nie brakuje tam głosów wieszczących śmierć najnowszemu handheldowi Sony, a silnym argumentem w rękach najbardziej zatwardziałych krytyków jest brak nowych gier, które w obszernej bibliotece dostępnych tytułów są tylko dodatkiem do całej masy portów z innych konsol. Jednakże w grupie odgrzewanych gier, znajdzie się kilka „perełek”, których reedycje witam z otwartymi ramionami. Jedną z nich jest Persona 4 Golden.

    Już po pierwszej prezentacji Silent Hill: Book of Memories na PlayStation Vita gra zyskała sobie miano najbardziej kontrowersyjnej części całego cyklu. Porzucono tutaj bowiem koncept survival horroru na rzecz zupełnie odmiennego podejścia do rozgrywki. Wielu fanatyków „Cichego Wzgórza” wieszczyło więc, że „Księga Tajemnic” będzie kompletną katastrofą i niewartą pieniędzy produkcją bezczeszczącą dobre imię serii. Premierę tytułu mamy już za sobą i wreszcie można ocenić, czy słowa te okazały się prorocze, czy to jedynie dowód na to, że bardziej niż jakiejkolwiek gry boimy się inności i zmian.

    O istnieniu Assassin’s Creed III: Liberation dowiedzieliśmy się w czerwcu. Wtedy też ogłoszono, że premiera tytułu odbędzie się równolegle z pojawieniem się na sklepowych półkach stacjonarnej odsłony cyklu. Obiecywano nam pełnoprawną część przygód traktujących o konflikcie między Assassynami i Templariuszami, tworzoną bez kompromisów i większych cięć względem tego, co fani już zdążyli pokochać. Czy twórcy wywiązali się ze swych obietnic i czy gra faktycznie jest tak dobra, jak zapowiadano? Czy może bliżej jej do wersji PSP o podtytule „Bloodlines”? Tego dowiecie się czytając poniższą recenzję.

    Są na świecie gry dobre i słabe. Jednakże jeżeli jakiś tytuł należy do tej pierwszej grupy, wcale nie oznacza to, iż zapamiętamy go na bardzo długo. O tej kwestii decyduje zupełnie inny aspekt i kryterium oceniania. Wśród nas bowiem obecne są także produkcje, które trudno zakwalifikować do jakichś kategorii. Ciężko o nich mówić, jeszcze ciężej je opisać. Choćby napisało się o nich dziesiątki tysięcy słów, to i tak byłoby niczym w porównaniu do doświadczenia zabawy z nimi. Istnieją toteż standardowe gry oraz te, które zwykło się określać mianem „przeżycia”. Do tych należą między innymi Okami, ICO, Shadow of the Colossus czy nawet wydany niedawno Journey. Już we wstępie, żeby była jasność, napiszę, iż w tę kategorię wpisuje się również wydany w zeszłym miesiącu Gravity Rush.

    Na premierę każdej konsoli niemal zawsze wypuszczane są tytuły należące do dobrze znanych marek. Nie powinno to dziwić – w końcu łatwiej nam kupić coś, co już widzieliśmy, coś, co już zrobiło na nas wrażenie. Także Sony Computer Entertainment poszło tą drogą i w dniu premiery konsoli PlayStation Vita mogliśmy nabyć zminiaturyzowane odsłony popularnych serii gier przeznaczone na tego handhelda. Wśród nich znalazł się WipEout 2048 – jedna z produkcji, w którą włodarze giganta z Tokio pokładali ogromne nadzieje. Czy „hype” towarzyszący pojawieniu się nowej odsłony futurystycznych wyścigów od Sony, okazał się uzasadniony? Parę akapitów niniejszej recenzji powinno rozwiać wszelkie wątpliwości.

    Dynasty Warriors to bez wątpienia seria, której kolejne odsłony pojawiają się na półkach sklepowych bardzo często. W każdej następnej części z reguły mamy do czynienia z tym samym – klepaniem tysięcy wrogów w realiach starożytnych Chin z okresu Trzech Królestw. Wielu ludzi znających się na branży gier twierdzi, że to pora, by trochę dać sobie na wstrzymanie, podając jako powód ogólne „zmęczenie materiału”. Zapewne coś w tym jest, jednakże pomimo tego Omega Force z uporem maniaka „trzaska” kolejne wersje swojej sztandarowej serii. Tym razem jednak zadbano o to, aby było trochę nowości – w końcu podtytuł „Next” zobowiązuje.

    Jaka jest najbardziej wymagająca gra na świecie? Tutaj odpowiedzi może paść wiele, jednak jeśli zawęzimy grono potencjalnych kandydatów do slasherów, chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że mowa tu o całej serii Ninja Gaiden. Wraz z premierą PlayStation Vita posiadacze najnowszego handhelda Sony otrzymali możliwość przetestowania Ninja Gaiden Sigma Plus, pierwszej odsłony serii na konsole przenośne. Już na początku uprzedzam jednak weteranów sagi, że jest to tylko lekko rozszerzona edycja wersji z PS3. Cała reszta niech wyciąga z szafy swoje lateksowe kostiumy, katany i obowiązkowo maskę, a z decyzją o ich przywdzianiu wstrzyma się do momentu przeczytania poniższej recenzji gry.

    22 lutego mamy już za dawno za sobą. Tegoż dnia odbyła się europejska premiera konsoli PlayStation Vita. Oprócz samego sprzętu dostaliśmy także sporo gier startowych, a wśród nich znalazł się także tytuł spod dłuta Bloober Team - polskiego dewelopera mającego na swoim koncie chociażby Music Master Chopin. Tak, nie mylicie się, A-men, gdyż o nim mowa, to pierwsza rodzima produkcja debiutująca na premierę konsoli. Czy udana? Tego dowiecie się, czytając tę recenzję.

    A zatem kolejny rzut rożny dla Anderlechtu. Atmosfera na stadionie nie pozwala wątpić w wagę tego meczu. „Wisło, Ty ma! Wisło, Ty ma! Pokaż światu jak się w piłkę gra!”, okrzyki stają się coraz głośniejsze. Turecki arbiter doliczył tylko trzy minuty, a przecież na zegarze już teraz świetliście mienią się cyfry 94:28. „Dlaczego nie gwiżdżesz?!” – takie myśli kłębią się w głowie każdego kibica, który przybył dziś na stadion przy ulicy Reymonta w Krakowie. Piłka już w narożniku. Lucas Biglia pomału do niej podchodzi. Chociaż to Belgowie gonią wynik, nie spieszą się. Mają świadomość, że dla nich to ostatnia szansa. W polu karnym Wiślaków kompletna jedenastka Brukselczyków. Nawet bramkarz gości przybiegł wesprzeć swą drużynę. Krakowianie zmęczeni, potwornie zmęczeni, ale muszą wytrzymać ten ostatni atak. Biglia bierze rozbieg. Centruje. Piłka w powietrzu. Złapał ją! Złapał! Piłka w rękach Pareiki! Gwizdek sędziego! Koniec meczu! I wrzask czterdziestu tysięcy gardeł. Wrzask radości.

    Zwiedziłeś już z Nathanem i spółką lasy Amazonii, śnieżne szczyty Tybetu bądź ogromną pustynię Rub' Al Khali? A może, dopiero zaczynasz przygodę z Indianą Jonesem naszych czasów? Nie ważne, w każdym z tych przypadków czeka Cię kawał świetnie stworzonej gry. Nakarm więc psa, poinformuj dziewczynę, podlej kwiaty i wsiadaj w samolot. Meksyk czeka.

    Ale, jak, po co i dlaczego?

     

     

    Lubicie trudne gry? Takie, gdzie przejście jej wymaga od nas maksymalnego skupienia, treningu, wyuczenia się plansz, zręczności, cierpliwości? The Impossible Game od FlukeDude, jak można się domyślić po nazwie, powinien taki właśnie być, czyli niemożliwy do skończenia. Ale jednak da się go przejść i nie do końca jest taki, jakie daje o sobie pierwsze wrażenie.

     

     

    Strzelam, że większości z Was obiła się kiedyś o uszy produkcja o nazwie "Doodle Fit" naszego rodzimego producenta "Gamelion". Niecały rok temu zadebiutowała ona na sprzętach Apple i została bardzo ciepło przywitana zarówno przez recenzentów jak i graczy. Od tego czasu dojrzewała, dorobiła się kilku aktualizacji dodających kolejne plansze, motywy czy też zwykłe usprawniania. W takiej formie, oczywiście po wszelkich dostosowaniach dla naszej kieszonki, wylądowała w dziale z Minisami.

     

     

    Patrząc na ostatnie i przyszłe premiery gier, możemy zauważyć pewną modę, która już jakiś czas temu opanowała rynek. Kolejna wojna światowa, jakiś wielki akt terroru, niekończące się ataki zombie, najazdy ufoludków, postapokaliptyczne okolice, muskularny bohater etc. Macie już tego dosyć czy całkowicie przeciwnie, czujecie wciąż niedosyt? Jeżeli odpowiedzieliście twierdząco na któreś z tych pytań (szczerze to innej opcji nawet nie mieliście), Grip Games przygotował coś dla Was...

     

    Perkusja, jak mniemam, niektórzy z Was wiedzą, nie należy do łatwych w nauce instrumentów. Wymaga od nas wyczucia rytmu, tempa oraz odpowiedniej synchronizacji kończyn. W zespole to między innymi od naszej gry zależy udany występ - nie możemy w końcu pozwolić sobie na zmianę rytmu będącego podkładem dla reszty grających. Gdy zbytnio przyśpieszymy, gitara będzie musiała nadążyć, ale wokal nie da rady wyśpiewać całości tekstu z powodu braku powietrza. Jednakże jaki związek ma perkusja z nowym minisem od MusiGames? Głównie motyw instrumentu i poziom trudności. Spodziewacie się klona Guitar Hero z perkusją? Nic bardziej mylnego. Zobaczcie sami, co Ci ludzie wykombinowali.

     

    Od samego początku podchodziłem do tego tytułu z lekką rezerwą. Otóż produkcja polegająca na dopasowywaniu przedmiotów do ich cieni... Chociaż sprowadza się to do najprostszego systemu "zrób coś jak najlepiej, a dostaniesz więcej punktów", jakoś mam mieszane uczucia. Nie to, że gry koniecznie muszą posiadać jakiś konkretnie określony i widoczny gołym okiem cel (odkryj, dotrzyj, wyeliminuj, nawet jak to wszystko nie ma końca), lecz dzięki niemu mamy narzucone inne wyzwanie niż uzupełnienie swoim nickiem tabeli zwycięzców. Oczywiście nie oznacza to, że w 3D Twist & Match chodzi jedynie o to drugie, gdyż jest to w gruncie rzeczy niemożliwe. Jakimś sposobem wynik trzeba nabić. Chwila, nie od środka. Przepraszam za to wyrzucenie od razu na głęboką wodę, lecz kwestia "celu" nie daje mi spokoju. Jeżeli jesteście tym wstępem skołowani, ten tekst rozwieje Wam moje powyższe mętnie przedstawione i niedokończone przemyślenia.